List misjonarza ks. Pawła Turka
Droga młodzieży z Rajbrotu i szanowny księże Marku!
Na początku serdecznie pozdrawiam wszystkich uczestników projektu Młody Asyż. Szczególne słowo pozdrowienia i podziękowania pozwalam sobie skierować do tych z którymi dane mi było spotkać się w czasie minionych wakacji. Prawdę mówiąc dla nas misjonarzy wakacje bardzo często są czasem szczególnie wytężonej pracy, a to dlatego, że w ciągu kilku tygodni trzeba zorganizować to wszystko, co potem będzie służyło przez kolejny rok lub lata na afrykańskiej ziemi, a czego nie da się jeszcze zdobyć w krajach trzeciego świata. Ponadto powrót do ojczyzny to niekiedy jedyna okazja by spotkać się nie tylko z rodziną, ale też tymi wszystkimi, którzy swoimi modlitwami, ofiarami oraz okazywaną w przeróżny sposób życzliwością, są dla nas oparciem. To dzięki Wam różne podejmowane przez nas inicjatywy stają się naprawdę realne.
Ci z którymi się spotkałem wiedzą, że wracając do Konga leciałem z perspektywą zupełnie nowej rzeczywistości. Pierwszy rok na „czarnym lądzie” spędziłem w stolicy mojej nowej diecezji – Dolisie (czyt. Dolizi). Miasto choć bardzo prymitywne jest bardzo rozległe i liczy około 80 tyś. mieszkańców. Jego zaletą jest położenie przy głównej drodze tranzytowej, którą dobra naturalne z wewnątrz kontynentu eksportowane są do nadoceanicznego portu. Tą drogą choć niestety głównie do stolicy czyli Brazzaville docierają ze świata ropa oraz to co potrzebne do życia jak żywność, ubrania, naczynia, narzędzia, lekarstwa czy środki higieniczne. Zaznaczę tu tylko, że w Kongu jest bardzo niewiele fabryk dlatego prawie wszystkie towary przychodzą głównie z Chin, Indii oraz Francji, która przez długie lata była tu kolonizatorem. Oczywiście łatwo się domyślić, że koszt transportu oraz ogromne cła, które stanowią bardzo ważną część rządowych dochodów sprawiają, że wszystko jest tu 2-3 razy droższe niż w Polsce. Aby łatwiej uzmysłowić sobie stan kraju powiem, że tym trzecim pod względem wielkości i jakości kongijskim mieście w niektórych dzielnicach od ponad 4 miesięcy nie ma wody. A taki stan powtarza się co roku, kiedy przychodzi tzw. pora sucha.
To właśnie na misji św. Jana Pawła II w Dolisie gdzie pracowałem w ubiegłym roku udzieliłem moje pierwsze 40 Chrztów na Kongijskiej ziemii. To tu 34 osobom po raz pierwszy w życiu podałem Najświętszy Sakrament i tutaj odprawiałem pierwsze nabożeństwa pogrzebowe. A wszysto to w dużej mierze dzięki ks.Marianowi, który 3 i pół roku temu na opuszczonym i zupełnie zaniedbanym skrawku ziemi rozpoczął duchowe i materialne prace wznoszenia nowej placówki. Dziś choć fizycznie misja jest nadal placem budowy, to duchowo tętni życiem czego przykładem jest przeszło 20 różnych grup parafialnych z których każda liczy przeszło kilkanaście lub kilkudziesięciu członków.
We wstępie listu napisałem, że teraz czeka mnie zupełnie nowa rzeczywistość, co jest prawdą. A to z tego powodu, że podjąłem się zadania tworzenia nowej misji w samym środku buszu. Moungoundou-Sud (czyt. Mungundu-Sid) oddalone jest 220 km od wspomnianego miasta, które jest jedynym miejscem gdzie można zaopatrzyć misję w konieczne do liturgii hostie czy wino, niezbędne dla przemieszczania się czy też nagłośnienia i oświetlenia kościoła paliwo oraz inne rzeczy, bez których żaden ośrodek duszpasterski funkcjonować nie może.
Misja posiada „aż” i jednocześnie „tylko” kościół wyposażony w wyrzeźbione z drewa tabernakulum i ołtarz oraz ławki. Czyli tak naprawdę to co najważniejsze. Dzięki życzliwości wielu z Was udało mi się przywieźć z Polski podstawowe niezbędne paramenty liturgiczne jak kielich czy ornaty. Przyznam, że Msza św. sprawowana o świcie przy świecach i latarce z udziałem 40 wiernych, gdy wokół dochodzą dźwięki tysięcy cykad oraz różnych ptaków i zwierząt zamieszkujących kongijski busz jest nie lada przeżyciem. Oczywiście Eucharystia odprawiana była w lokalnym języku munukutuba, którym posługuje się większość tubylców. Obowiązkowe pozdrowienia i powitania, które odbywają się po Mszy św przed Kościołem już pierwszego dnia uświadomiły mi, że czeka mnie jeszcze wiele pracy, bo ludność posługuje się oprócz munukutuby jeszcze kilkoma innymi językami plemiennymi jak punu, nzabi, czy teke.
Początki były naznaczone egzotyką również z innych powodów. Za sypialnię i jadalnię jednocześnie obecnie służy mi albo zakrystia, albo przeciekająca wiekowa hatka, której dziury w murze oknach i drzwiach pouszczelniano liśćmi lub papierem. Jeden z pierwszych posiłków zjedzonych w Moundoundou-Sud to maniok, pączki o średnicy 2 cm i twardości kamienia oraz korosol czyli nie znany w Polsce owoc przypominający wyglądem 20 centymetrowego kasztana. Oczywiście na targu czekały jeszcze jeżozwierze, pancerniki, wędzone ryby i różne inne stwory, których nie udało mi się rozpoznać.
Pierwsza wyprawa na tzw. wielki targ, który w rzeczywistości miał zaledwie 8 stoisk, wzbudziła wiele obustronnych emocji. Jedni z radością przyjęli wiadomość o przyjeździe kapłana i otwarciu misji. Inni z zaciekawieniem lub z nieufnością patrzyli na nowego przybysza. Oczywiście większość dzieci „mundele” czyli białego widziała po raz pierwszy. Jeszcze inni ze znaną chyba tylko Afrykańczykom zdolnością dokonywali prezentacji siebie i tego co mogą zaoferować (chodzi oczywiście albo o towary albo propozycje prac, które mogliby wykonać).
Jak się okazało szef policji choć sprawiał wrażenie życzliwego należy do jednej z protestanckich sekt. Pełniący funkcję wójta, modli się „wszędzie po trochu,” a większość z tych, który mówili, że są ochrzczeni na pytanie „kiedy ?” nie potrafiła już odpowiedzieć.
W wiosce nie ma prądu ani studni – choć wiele wskazuje na to, że to drugie dzięki ofiarom ludzi dobrej woli i kolędników misyjnych wkrótce uda się zmienić. Wspomnę tylko epizod, kiedy to zatroskane o mnie panie przyniosły mi w 20 litrowych bidonach wodę, która oczywiście była koloru pobliskiej rzeczki czyli zielono-brunatna. Innego ujęcia nie mają. Obok targu drugim miejscem koncentrującym ludzi jest właśnie rozlewisko pod mostem, gdzie ludzie się kąpią, kobiety piorą i myją naczynia, a dzieci mają ulubione miejsce zabaw.
Oczywiście wyprawa „po wodę” też była doskonałą okazją do zaproszenia ludzi do Kościoła. Podsumowując pierwsze dni w parafii były bardzo ciekawe i owocne co było widać w kościele, bo z każdym dniem liczba nieco wzrastała. Niektórych udało się już nawet nauczyć różańca. No cóż zawierzam wszystkie te obecne i przyszłe Owieczki Panu Bogu. A Wam – uczestnikom projektu Młody Asyż w Rajbrocie dziękuję za modlitwy, okazywane wsparcie i pamięć.
Chętnych zapraszam też na stronę internetową: www.misjewkongo.diecezja.tarnow.pl którą od czasu do czasu staram się aktualizować i ubogacać o ciekawostki i zdjęcia.
Szczęść Wam Boże.
Z życzeniami Bożego błogosławieństwa przesyłanymi z Republiki Konga,
Ks. Paweł Turek









